Home Filmy Club Zero – recenzja

Club Zero – recenzja

Alex

Wiesz, zazwyczaj mam zasadę: idź do kina z jak najmniejszą ilością informacji. Ale „Club Zero”? To zupełnie inna bajka. Totalnie zmienia zasady gry. Przy zakupie biletów powinna się wyświetlać czerwona tabliczka z ostrzeżeniem – coś jak „trigger warning” – dla tych, którzy zmagają się lub zmagali z zaburzeniami odżywiania. I to nie jest żart! Daję ci też znać od razu, byś był ostrożny przy czytaniu mojej recenzji…

Zafascynowana niewłaściwą ścieżką

Akcja filmu, stworzonego przez Jessikę Hausner, rozgrywa się w elitarnej brytyjskiej szkole z internatem. Główna bohaterka, panna Novak, grana przez wyśmienitą Mię Wasikowską, przychodzi tam jako koordynatorka zajęć z zakresu świadomego odżywiania. I od razu przyciąga serca uczniów i dyrektorki, która w niczym nie ustępuje doskonałej Sidse Babett Knudsen.

Prowadzone przez Novak zajęcia zaczynają się niczym nieszkodliwa zachęta do większej samokontroli czy technik uważności. Ale, w miarę postępu fabuły, szybko zmieniają się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego – uczniowie mają m.in. zmniejszać porcje do minimalnych rozmiarów… a docelowo, do klubu zerowego. Tak – chodzi o to, by całkowicie przestać jeść! Dlaczego? Bo według panny Novak jedzenie jest nie tylko zbędne – wręcz szkodliwe.

Ostatnia granica – sekta żywieniowa

Przywódczyni staje się głosem absolutnym – jak w religii. Grupa, którą tworzą uczniowie, zaczyna przypominać wspólnotę sekciarską. De facto, widać tu wpływy Yórgosa Lánthimosa. Rzeczywistość tych postaci zrywa z racjonalnym myśleniem. Co za absurd! Głęboko zakorzenione tematy współczesności: od konsumpcjonizmu, przez kryzys klimatyczny, aż po manipulacje korporacyjne, są przekazywane w groteskowy sposób. Panna Novak namawia swoich prymusów, że korporacje wpłynęły na ludzi, by zaspokajali swój głód, zarabiając na ich naiwności. No nie bądźmy głupi! Nieczynna produkcja jedzenia wbrew pozorom ma swoją cenę – pożera niewyobrażalne zasoby, niszcząc środowisko!

Młodzież w akcji – te śmieszne maniery!

Nastolatkowie wyrażają swoje nowe przekonania z teatralnym zacięciem. Powtarzają słowa swojej mentorki jak zaklęcie. I tu zaczyna się prawdziwa różnorodność ich motywacji – jednym zależy na zdrowiu, inni myślą o środowisku. Ale, jak to często bywa, ich rodzice wytyczają bardzo wyśrubowane cele, co wpływa na ich wybory. Niestety, tutaj Hausner rozczarowuje. Zamiast ciekawych spojrzeń na tematykę zaburzeń odżywiania, dostajemy utarte schematy dotyczące rodzin „pięknych i bogatych”. Mamy tu do czynienia z nowobogackimi ignorantami, nieświadomymi bólu własnych dzieci.

Harmonia poprzez iluzję

Cała idea „Clubu Zero” opiera się na złudzeniu kontroli. W filmie wszystko jest przesadnie symetryczne, sterylne, dążące do perfekcji, która w końcu odurza, a wręcz wywołuje wymioty. I ten kontrowersyjny styl – barwy są intensywne, jaskrawe, ale w miarę rozwoju akcji zaczynają blednąć, jak beznamiętne twarze bohaterów. Idealne wnętrza z lat 80’ w kooperacji z nowoczesnością tworzą surrealistyczny klimat, który nie osadza się w żadnej konkretnej czasoprzestrzeni. Muzyka? To już temat na osobny esej! Medytacyjne pomruki, ze statycznymi kadrami… Ach! To wszystko wprawia mnie w stan, który mogę opisać tylko jako bardzo, bardzo… dyskomfortowy.

Refleksja na koniec

Jednak pomimo całej tej estetyki, czuję, że Hausner nie udaje się przełamać bariery dystansu emocjonalnego. Stara się sklejać motywy postaci, ale ich portrety pozostają zbyt zniekształcone. W odróżnieniu od Lánthimosa, tutaj nie potrafię się odnaleźć wśród tych postaci. Można ich ukazywać w sposób, który wywołuje uczucie nudności, ale brakuje autentycznych emocji.

Na koniec: „Club Zero” to film wyjątkowy, ale dla wielu widzów może okazać się zbyt… wywrotowy. A dla mnie? To doskonała okazja do refleksji!

 

Polecamy