Kiedy przez lata siedziałem w kinach, zasypiając na wielu slasherach, body horrorach i przeróżnych lovecraftowskich dziwactwach, przestałem się dziwić! Tak, myślałem, że żadne przerażenie nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Aż tu nagle… na festiwalu w Cannes ogłoszono niespodziankę – nagrodzony scenariusz, który, jak mówił dystrybutor, przesycony jest hektolitrami krwi i chińskim kinem groteski, jednocześnie krytykując obraz świata celebrytów.
Z ciekawości wybrałem się na seans o północy we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty, bo wiecie… czasami warto się zdziwić. No i nie mogłem się doczekać, jakim cudem taki film dostaje zielone światło! Czas, bym opowiedział wam, co tam się działo.
Elisabeth Sparkle: Blask i upadek
Elisabeth Sparkle – grana przez Demi Moore – to aktorka, której gwiazda gaśnie. Przypomnijcie sobie te lata świetności – aerobik, blask fleszy! Ale to już przeszłość. Zwalniają ją z programu, bo kto chciałby oglądać aktorkę po pięćdziesiątce? A tu jeszcze nieszczęśliwy wypadek samochodowy. Kiedy ból jest już nie do zniesienia, pojawia się tajemniczy sanitariusz i przedstawia tytułową „substancję”. Jak się okazuje, jest ona kluczem do ratunku.
Przejmujące przemiany ciała
Pod wpływem tej substancji, Elisabeth wydobywa z siebie młodszą, piękniejszą wersję – Margaret Qualley. To tak, jakby motyl urodził się z zepsutego kokonu. Ale uwaga! Aby to działało, jedna osoba musi kontrolować obie wersje. Po siedem dni — żadnych wymówek! To jak niekończący się wyścig z czasem, który z każdą sekundą staje się coraz bardziej skomplikowany… Młodość, urok, a za chwilę chaos. Ach, jakże znane mi te schematy!
Krytyka celebryckiego światka
Mówiąc szczerze, nie mogłem się powstrzymać od głębokiej analizy. Coralie Fargeat, reżyserka i autorka tego dzieła, nie oszczędza nikogo. Krytykuje wszystko, co ciążące na społeczeństwie – od znudzenia mediami propagującymi powierzchowność po zepsucie masowej kultury. Widzowie? Przykładowo, mają przed sobą brudne lustro, które zmusza ich do konfrontacji z własną, nieprzyjemną rzeczywistością. To nie jest tylko film – to krzyk, byśmy się obudzili.
Transgresyjny horror?
Nie chcę używać zawsze tego samego hasła – „transgresja” – chociaż, szczerze mówiąc, ciśnie mi się na usta. Fargeat bawi się konwencjami – serwuje przekrojowy horror, mitologiczną alegorię oraz zniewalający erotyk. Każda scena – to jak punktowana karta, która ujawnia nam prawdę o nas samych. A widzowie? Trwają jak zahipnotyzowani, by za moment znów poczuć obrzydzenie… i radość w jednym.
Wizualna podróż i emocjonalny rollercoaster
„Substancja” to nie tylko intelektualna rozgrywka, ale też film pełen dynamicznych ujęć i intensywnych emocji. Wciąż narasta tempo, a intryga niczym z kiczowatych filmów lat 80-tych nie przestaje zachwycać. Z każdą minutą jesteśmy świadkami, jak plan Elisabeth rozpada się w oczach, a stawka rośnie… coraz bardziej.
Dwuznaczności ról
Klasa Demi Moore i Margaret Qualley – mistrzowsko odgrywają swoje role, zderzając energię młodości z doświadczeniem. Niezmiernie ciekawe, która z nich bardziej błądzi w tej zawirowanej rzeczywistości. Z każdą sceną czuję, jak ich frustracje mogą zaskoczyć zarówno bohaterów, jak i publiczność.
Terapeutyczna odraza
Zakończenie seansu dostarcza nie tylko estetycznego szoku, ale ma wręcz terapeutyczne działanie! Zaraz po wyjściu z sali czułem się, jakbym najpierw zdemolował pokój, a potem postanowił opowiedzieć o tym znajomym. Cuchnące wnętrzności, które nosi na sobie film Fargeat, odzwierciedlają bezwzględność współczesności. Sztuka jest brzydka, ale w tej ohydzie odkrywam prawdę o nas samych. Cóż, jeszcze jedno przekonanie – czasami warto zmusić się do konfrontacji z tym, co niewygodne, a „Substancja” z pewnością nie jest dla wszystkich.
